Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 30 sierpnia 2012

Gdzie był jazz i rock w latach 60

Naszła mnie pewne refleksja. Słuchałem sporo jazzu z lat 50 i 60. Szczególnie lata sześćdziesiąte są bliskie memu sercu - dojrzały jazz: wybuch free jazzu i post-bopu, a to moje ulubione gatunki muzyczne. Ostatnio sporo do czynienia mam z muzyką rockową i popową lat 60 i jedna myśl nie daje mi spokoju. Podczas gdy w jazzie posłuchać możemy takie arcydzieła jak A Love Supreme, The Black Saint and the Sinner Lady, Out to Lunch, Karma, Astigmatic, The Blues and the Abstract Truth, Speak No Evil, The Inflated Tear, Spiritual Unity, Soul Station (żeby tylko wymienić po jednym albumie na wykonawcę, a i tak listę okrutnie spłycić). Są to albumy ponadczasowe, porywające nadal, które poza tym, że dobrze się je słucha prezentują niebywale wysoki poziom artystyczny i dojrzałość twórców. Po stronie rocka - jasne, późni bitelsi, jasne - The Velevet Underground, Led Zeppelin, Love, The Band, The Who, ogólnie psychodeliczny rock. Sęk w tym, że po I: to schyłek lat 60 i po II: albumy tych artystów, to nadal inna liga niż wyżej wymienione. Są wspaniałe, ale nie tak dojrzałe, są albo zbyt pretensjonalne z perspektywy czasu (tak uważam np. o debiucie King Crimson) albo po prostu zbyt prymitywne (Abbey Road) żeby móc równać się z A Love Supreme. Nie zrozumcie mnie źle, nie uważam, że jazz jest lepszy, a rock jest głupi i prymitywny. Chodzi mi o to, że podczas gdy jazz w latach 60 osiągał swoje apogeum, to rock tak naprawdę się rozkręcał. Osiągnął on swój szczyt w latach 70 i 80, zaś jazz wtedy gasnął. Tracił na popularności, bo albo w swojej rozrywkowej formie nie porywał jak punk (poza tym jak mógł porwać bez słów?) albo był zbyt zintelektualizowany (free jazz). Jazzmeni odnaleźli się w miękkim graniu, w stylu funk (Hancock) czy fusion (Davies). Czystszy jazz odszedł w niepamięć. Tak samo jest teraz. Badanie procesów, które sprawiły, że rock od lat 60 nieprzerwanie do teraz jest na czasie (zmienne style, gatunki, ale linię prostą łatwo wyznaczyć), a jazz zupełnie nie, zajmie mi jeszcze wiele lat. Co sprawia, że Beatles da się usłyszeć w radiu, a Milesa już nie, dlaczego Rolling Stones ciągle jest puszczane, a Coltrane zupełnie nie? Odpowiedź mogłaby być prosta, ale tak naprawdę nie jest. Gdy ktoś napisze, że dlatego, bo to łatwiejsza muzyka, przyjemniejsza, to jednocześnie zgadza się ze mną, że jazz jest ambitniejszy. A ambitniejszą muzykę powinno się promować. No tak, ale ambitniejsza nie znaczy lepsza, bo blues wcale skomplikowany nie jest, a trudno porządnego bluesa nie doceniać.

Chaos, który towarzyszy temu strumieniu myśli jest nieusuwalny. Wszystko co sądzę o muzyce nadal jest zbyt chaotyczne. W każdym bądź razie uważam, że jazz umarł niesłusznie, został zabity przez wulgarność rocka.

The Rolling Stones - The Rolling Stones (1964)

Debiut legendarnej grupy The Rolling Stones to płyta jak na datę wydania bardzo żywiołowa, wręcz agresywna. Dwanaście kompozycji to szybkie, pędzące kompozycje trochę rock and rollowe, trochę bluesowe i rhythm & bluesowe. 32 minuty naprawdę przyjemnej muzyki, chociaż nieszczególnie zapadającej w pamięci na dłuższą metę. I choć kilka utworów to prawdziwe hity, to nie są na tyle wspaniałe wg mnie, aby oddawać im szczególny hołd. Album najpierw wydany w Wielkiej Brytanii, a niedługo potem w USA z minimalnie zmienionym układem kompozycji na I stronie. Na początku kariery The Rolling Stones promowani byli jaki agresywna alternatywa do The Beatles. Jagger szokował na koncertach, a i muzyka była wulgarniejsza. Z perspektywy czasu trudno rozstrzygać kogo muzyka lepiej się zachowała - oba zespoły są interesujące. Debiut The Rolling Stones jak najbardziej godny uwagi - porządna muzyka.

Moja ocena 3.5/5
Gatunek Rock (rock&roll, blues rock, rhythm&blues)
Długość 32:59

1 Route 66 2:20
2 I Just Want to Make Love to You 2:17
3 Honest I Do 2:09
4 Mona [I Need You] 3:33
5 Now I've Got a Witness 2:29
6 Little by Little 2:39
7 I'm a King Bee 2:35
8 Carol 2:33
9 Tell Me 4:05
10 Can I Get a Witness 2:55
11 You Can Make It If You Try 2:01
12 Walking the Dog 3:10

wtorek, 28 sierpnia 2012

Koerner, Ray and Glover - Blues, Rags and Hollers (1963)

Trzech robotników postanowiło nagrać jak najprawdziwszy album. Od serca - skowyt duszy. Najprawdziwszy, akustyczny blues, który brzmi naprawdę szczerze. Chociaż panowie są biali, to brzmią jak czarnoskórzy bluesmeni z delty. 20 kompozycji pozwalają słuchaczowi poczuć ten niesamowity klimat wczesnego bluesa. Nie należy się więc spodziewać bogatego instrumentarium czy złożonych kompozycji, ale prostych, chwytających za serce numerów emanujących tym, czego wielu w muzyce poszukuje - szczerości. Ktoś napisał: "to prawdziwa muzyka" i ja się z tym zgadzam. Nie będę pisał więcej - jeżeli ktoś chce poznać najprawdziwszy blues niech sięgnie po ten album. Szczycić się byciem fanem bluesa, a znać jedynie elektryczne dokonania gwiazd, którym udało się przebić do mass-mediów, puszczanych w rmf.fm, to wstyd. Trzeba sięgać do korzeni, zjadać owoce z drzewa jest wygodnie, ale jakże wspanialej one smakują, gdy widziało się początki tego wspaniałego drzewa? I choć Koerner, Ray i Glover początkami bluesa nie są, to nawiązują do niego, czerpią garściami, stanowią jego świadectwo.

Moja ocena 4/5
Gatunek Blues (acoustic blues, folk)
Długość 51:45

1 "Linin' Track" (Traditional) – 2:16
2 "Ramblin' Blues" (John Koerner) – 2:42
3 "It's All Right" (Dave Ray) – 3:50
4 "Hangman" (Lead Belly) – 2:28
5 "Ted Mack Rag" (Koerner) – 1:28
6 "Down to Louisiana" (Lightnin' Hopkins, McKinley Morganfield) – 2:52
7 "Creepy John" (Koerner) – 2:38
8 "Bugger Burns" (Traditional) – 1:37
9 "Sun's Wail" (Glover) – 1:51
10 "Dust My Broom" (Elmore James) – 4:04
11 One Kind Favor" (Blind Lemon Jefferson) – 3:56
12 "Go Down Ol' Hannah" (Traditional) – 2:55
13 "Good Time Charlie" (Koerner) – 1:39
14 "Banjo Thing" (Koerner) – 1:23
15 "Stop That Thing" (Sleepy John Estes) – 2:00
16 "Too Bad" (Koerner) – 1:50
17 "Snaker's Here" (Ray) – 3:41
18 "Low Down Rounder" (Peg Leg Howell) – 2:09
19 "Jimmy Bell" (Cat Iron) – 2:43
20 "Mumblin' Word" (Leadbelly) – 2:43

niedziela, 26 sierpnia 2012

Billy Fury - The Sound of Fury (1960)

Rockabilly, czyli najwcześniejsza odmiana Rock and rolla, a więc gdyby zbytnio się nie rozdrabniać po prostu rock'n'roll. Nagrany ponoć w cztery godziny album The Sound of Fury Billy'ego Fury to dobry przykład tej muzyki. Błyskawiczne piosenki, prymitywna forma, proste teksty, lekkostrawne i dynamiczne granie - utwór mający trzy minuty, to byłaby niekończąca się opowieść. Zadowolić się musimy półtora i dwuminutowcami. Zanim poczujemy rytm, trzeba zmieniać styl tańca, bo oto kolejny utwór. Niewprawiony słuchacz nie odróżni Furii od Elvisa, ale różnice tak naprawdę są spore. Dźwięki furii to na pewno ciekawy album - znak tamtych czasów i co ciekawe na dłuższą metę też wytrzymuje starcie ze słuchaczem. Billy Fury to jeden z przedstawicieli brytyjskiej inwazji - nowej fali rocka późnych lat 50 i początków 60. To naprawdę daje się słuchać! Nie mylić z The Sound and the Fury.

Moja ocena 3/5
Gatunek Rock (rockabilly)
Długość 48:11

1 That's Love (Fury)
2 My Advice (Wilberforce)
3 Phone Call (Wilberforce)
4 You Don't Know (Wilberforce)
5 Turn My Back On You (Wilberforce)
6 Don't Say It's Over (Fury)
7 Since You've Been Gone (Wilberforce)
8 It's You I Need (Fury)
9 Alright, Goodbye (Wilberforce)
10 Don't Leave Me This Way (Fury)

Nirvana - The Story of Simon Simopath (1967)

Nirvana z Kurtem Cobainem z opisywaną tutaj nie ma nic wspólnego - zbieżność nazw przypadkowa. Podczas gdy ta nowsza kapela grała grunge, ta starsza prezentuje pop/rock w stylu The Beatles - oczywiście z Wielkiej Brytanii. Rok 1967, więc mogłoby się zdawać, że zespół z taką nazwą będzie grał psychodeliczny rock i tak jest w istocie. To znaczy jest to raczej psychodeliczny pop, a nie rock. Okładka płyty jest mocno nasycona boskim objawieniem. Sam album to bardzo lekkie i przyjemne granie z delikatnym wokalem. Im dłużej się tego słucha, tym bardziej się wkręca, a te marne 25 minut zdaje się trwać minut 5. Na początku byłem rozczarowany, zdziwiony jakim cudem ten album znalazł się na liście Mojo Collection (wielka lista najważniejszych albumów wszech czasów - po stokroć lepsza niż lista Rolling Stones Magazine), ale z czasem zrozumiałem. Gdy The Beatles już wam wyjdą bokiem, to bierzcie Nirvanę!

Moja ocena 3.5/5
Gatunek Pop, Rock (baroque pop, psychedelic rock) 
Długość 25:28

 1 "Wings of Love" – 3:20
2 "Lonely Boy" – 2:31
3 "We Can Help You" – 1:57
4 "Satellite Jockey" – 2:35
5 "In the Courtyard of the Stars" – 2:36
6 "You Are Just the One" – 2:07
7 "Pentecost Hotel" – 3:06
8 "I Never Found a Love Like This" – 2:50
9 "Take This Hand" – 2:17
10 "1999" – 2:09

środa, 20 czerwca 2012

Magma - Félicité Thösz (2012)


Śpieszę donieść o nowej płycie zespołu, który swego czasu słuchałem nałogowo. Magma, bo o nim mowa, to kapela legendarna. Szczyty awangardy rockowej - genialne połączenie muzyki progresywnej z prymitywizmem. Styl wypracowany głównie na Mekanik Destruktiw Kommandoh (album legenda) rozwijany nieustannie aż do teraz, do Félicité Thösz. Tym razem do czynienia mamy z dwiema kompozycjami z tym, że pierwsza podzielona jest na 10 sekcji, zaś druga to typowy uspokajacz po szale osiągniętym w końcowych momentach tytułowego utworu. Najpierw jest spokojnie, delikatne chóry i spokojne instrumenty, ale z każdym utworem wybijane tempo nabiera rozpędu, by w utworze Tsaï ! eksplodować, a w Öhst osiągnąć apogeum. Od razu przypominają się wspaniałe chwile spędzone z MDKommandoh, gdzie tempo było mocniejsze i większa energia towarzyszyła całej płycie. Tutaj wszystko kumuluje się w tych dwóch utworach, a wcześniej skrzętnie słuchacz jest przygotowywany i delikatnie wyciszany ostatnią piosenką. Trudno mi rokować, bo jestem ledwie po dwóch odsłuchach, ale póki co bardzo mi się podoba. Obawiam się, że album jest jako całość nieco zbyt delikatny - te chórki są troszkę za miękkie. Myślę sobie jednak, że to taka tryumfalna płyta. Po mrocznych eskapadach przyda się też w dorobku Magmy coś niosącego nadzieję, pełnego dobrej energii. Musicie poznać - myślę, że dobra wprawka, gdy nie znacie kultowego Kommandoha i Kohntarkosza, szczególnie przed tym drugim lepiej posłuchać coś łatwiejszego w odbiorze, bo może zniechęcić. 

Moja ocena 4/5
Gatunek Rock, Jazz, Experimental (zeuhl)
Długość 32:25

1. Félicité Thösz (28:06)
Ëkmah - 2:39
Ëlss - 1:11
Dzoï - 2:27
Nüms - 1:51
Tëha - 5:15
Waahrz - 4:03
Dühl - 1:19
Tsaï ! - 3:41
Öhst - 4:53
Zahrr - 0:49
2. Les hommes sont venus (4:18)

Don Cherry - Brown Rice (1975)


Don Cherry zaczynał od free jazzu, nagrał kilka rewelacyjnych albumów z kultowym Symphony for Improvisers i Eternal Rhythms na czele. Im starszy był tym bardziej wędrował w swoich muzycznych poszukiwaniach w stronę muzyki orientalnej, tradycyjnej - world music w ogólności. Upust swoim fascynacją daje w albumie bez nazwy, ale nazywanym Brown Rice za I utworem. Nie jest to już free jazz, ale nadal jazz łamiący bariery i wychodzący poza utarte ścieżki. Poza bogatym instrumentarium zwyczajowym dla jazzu jest też śpiew, stylizowany na rytualne zaklinanie rzeczywistości. Płyta jest bardzo soczysta, wyrazista i genialna po prostu. Genialna, bo wspaniale się jej słucha, ale i dlatego, że bardzo oryginalna. Pełna świetnych pomysłów i porywająca swoją świeżością. Jest to jedno z moich największych odkryć ostatnich tygodni i wracam do niej nieustannie. W twórczości Dona Cherrye'ego wyraźnie widać, że nie spoczął na laurach po kilku udanych albumach, ale ciągle szukał, ciągle próbował. Nie jest to wędrówka tak spektakularna jak Johna Coltrane'a - od hard bopu do Olatunji Concert (najekstremalniejszy free jazz lat 60), ale równie interesująca. Brown Rice to taki A Love Supreme Dona Cherry'ego. Kumulacja jego idei to, jaka muzyka powinna być. Album Dona jest wspaniały, porywający i pozostający na długo w głowie. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie każdy może podzielać tak optymistyczną opinię, jednak nie docenić tej płyty... trzeba być bez gustu.

Moja ocena 4.5/5
Gatunek Jazz (avant-garde jazz, world music)
Długość 39:14

1 "Brown Rice" - 5:15
2 "Malkauns" (Bengt Berger, Don Cherry) - 14:02
3 "Chenrezig" - 12:51
4 "Degi-Degi" - 7:06

Jim Hall - Concierto (1975)


Było sporo elektroniki, a więc pora na zmianę klimatu. Nie radykalną, bo Bohren und der Club of Gore powinien was nieco przygotować na płytę jazzową. W latach 70 jazz już dosyć cienko się miał jeżeli chodzi o popularność, bo o jakości tworzonych płyt i płodności artystów tego powiedzieć nie można. Hard bop się wyczerpał już dosyć dawno, a zryw free jazzowy też się wypalał. Największą popularnością cieszył się fusion, czyli połączenie jazzu z rockiem. Klasycy hard bopu zaczęli ostro iść w tym kierunku. Pojawiały się jednak albumy różnego typu - wracające do korzeni big bandu czy cool jazzowe. Concierto Jima Halla to cudowny, w bardzo klasycznym stylu album z muzyką cool. Zimny, spokojny, klimatyczny jazzik z gitarką i kojąco szarżującą trąbką. Pierwsze 3 utwory są dosyć dynamiczne, troszkę hard bopujące, ale tytułowe Concierto De Aranjuez to powolny utwór o cudownie kojącym brzmieniu. Prawie 20 minut jednostajnego klimatycznie grania, które absolutnie się nie nudzi, a jedynie odpędza stres, nerwy, koi i leczy wszelkie rany. Relaksująca moc Concierto jest niesamowita. Całą płytę słucha się dobrze, ale ostatnie 20 minut to doznanie metafizyczne. Cudowna atmosfera. Istnieje reedycja z kilkoma bonusowymi utworami.

Moja ocena 4/5
Gatunek Jazz (cool jazz, modal jazz)
Długość 37:49 (bez bonusu)

1 You'd Be So Nice To Come Home To - 7:05
2 Two's Blues - 3:51
3 Answer Is Yes - 7:37
4 Concierto De Aranjuez - 19:16
Bonus:
5 Rock Skippin' - 6:12
6 Answer Is Yes (alternate take) - 5:36

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Bohren & der Club of Gore - Black Earth (2004)


Bohren und der Club of Gore (czasem pisane and, najczęściej z &) i ich Black Earth to już chyba legenda. Gatunkowo różni ludzie określają to jako dark ambient, funeral jazz czy doom jazz. To powinno wystarczyć za charakterystykę tej genialnej płyty. Powolne tempo i mroczny klimat. Nie jest to album straszny, ale ma coś w sobie takiego, że człowiek robi się od razu bardziej melancholijny. Perkusja uderza rzadko, saksofon powolutku sobie błądzi, nikt nigdzie się nie śpieszy, a w tle ciągnący się pomruk niczym wiejący wiatr w ciemną noc. Opuszczone miasto późną nocą, samotny mężczyzna w kapeluszu idący małą uliczką, wyjący pies. Ogarnia go smutek, bo coś strasznego mu się przydarzyło. Dajmy na to zmarła mu żona, a on trzymając ręce w kieszeni wędruje w tę ciemną noc. Piękna płyta, zarówno dla fanów ambientu jak i jazzu. Trzeba mieć tylko odpowiedni nastrój, chociaż Black Earth włączony w ciszy sam stwarza stosowny klimat. Wpływa na człowieka i nastawia go pesymistycznie. Jednak w tym dołującym nastroju jest pewien cień nadziei.

Moja ocena 4.5/5
Gatunek Jazz (dark jazz, dark ambient)
Długość 1:10:55

1 "Midnight Black Earth" – 8:45
2 "Crimson Ways" – 6:39
3 "Maximum Black" – 7:38
4 "Vigilante Crusade" – 7:30
5 "Destroying Angels" – 7:10
6 "Grave Wisdom" – 6:32
7 "Constant Fear" – 6:27
8 "Skeletal Remains" – 7:58
9 "The Art of Coffins" – 12:04

John Zorn - The Big Gundown (1986)


Jeden z pierwszych albumów Johna Zorna to zestaw coverów twórczości Ennio Morricone. Młody muzyk wziął na warsztat utwory z różnych filmów, głównie z lat 70, i stworzył coś niepowtarzalnego. 50 minut jednej, wielkiej zgrywy, która jednocześnie jest hołdem dla niezapomnianego i chyba największego twórcy spoundtracków filmowych. Wyciągnięta melodia z kompozycji Ennio wzbogacana jest pozornie losowymi dźwiękami, zgrzytami, jękami, piskami, uderzeniami a prócz tego totalnie przearanżowana i często zagrana na zupełnie innych instrumentach niż w oryginale. Od razu można skojarzyć oryginał, ale pomylić zornowską wersję z morriconowską nie sposób. Kojarzyć to wszystko może się z Frankiem Zappą. Jednocześnie album jest mocno jazzowy i mimo pierwszego wrażenia bycia jednym wielkim żartem, to wydaje się być przemyślaną konstrukcją. Do płyty nie wraca się łatwo, ale gdy już się zacznie, to trudno się oderwać. Są w płycie momenty, np. Poverty (z Pewnego razu w Ameryce), gdzie powraca nieskazitelne piękno kompozycji Morricone, dodatkowo odświeżone przez Zorna, by po chwili słuchacz poczuł się wręcz oszukany totalnie jajcarskim utworem. Trudno może się w tym odnaleźć na początku, ale taka dekonstrukcja klasycznego kanonu co "piękne" i "miłe dla ucha" nie irytuje, bo Zorn daje coś w zamian. Zorn stanął na wysokości zadania i pokazał, że covery nie muszą być nudne. 

Moja ocena 4/5
Gatunek Experimental (jazz, sountrack)
Długość 50:42

1 The Big Gundown
2 Peur Sur La Ville
3 Poverty (Once Upon A Time In America)
4 Milano Odea
5 Erotico (The Burglars)
6 Battle of Algiers
7 Gui La Testa (Duck, You Sucker!)
8 Metamorfosi (La Classe Operaia Va In Paradiso)
9 Tre Nel 5000
10 Once Upon A Time In The West

Klaus Schulze - Cyborg (1973)


Na świeżo po opisie Irrlichta opisanie drugiego albumu Klausa Schulze nie powinno mi sprawiać problemu. Nie sprawia, chyba że chcę być oryginalny. Sęk w tym, że to podobne albumy. Gama dźwięków na Cyborgu się zwiększa, ale emocje, które wywołuje w słuchaczu są podobne. Dzieło jest dwupłytowe, a więc prawie 100 minut podróży po mrocznych równinach powinno zadowolić fanów Irrlichta, a przeciwników jedynie zirytować. "Tego się nie da słuchać", "tam nic się nie dzieje" - mogą argumentować, ale My, gwiezdni wędrowcy wiemy, że nic nie jest tak wspaniałe jak Schulze późną nocą. Kolejny wspaniały album, ale nie jest równie oryginalny co pierwsze dzieło. Za brak oryginalności muszę uciąć swoją ocenę, ale nie tylko za to. Bardziej mogłem się wczuć w Irrlicht niż w Cyborga, chociaż i on angażuje. Jeżeli ktoś zacznie przygodę z Klausem od Cyborga, to pewnie będzie go stawiał wyżej niż debiut. Bez wątpienia jednak obie płyty niosą niespotykane wcześniej doznania. Samotność i bezradność na nowo zdefiniowane. Kosmiczna podróż do odbycia w domu. Po co widzieć oczami, róbmy to uszami.
P.S. Istnieje wersja z 50 minutowym utworem bonusowym. Nie dane mi było go posłuchać, ale oczekiwać można jeszcze większej dawki schulzowego grania po prostu.

Moja ocena 4/5
Gatunek Electronic (progressive electronic, berlin school)
Długość 1:37:24 (bez bonusu)

1 Synphära (22:48)
2 Conphära (25:51)
3 Chromengel (23:49)
4 Neuronengesang (24:43)
Bonus:
5 But Beautiful (50:55)

niedziela, 17 czerwca 2012

Klaus Schulze - Irrlicht (1972)


"Samotność we Wszechświecie" - tak mogłaby nazywać się debiutancka płyta Klausa Schulze. Spróbuję ją zaprezentować odtwarzając emocje, które towarzyszą mi podczas odsłuchiwania tego genialnego albumu.

Ebene.
Wyłaniają się delikatne dźwięki, coraz częściej i mocniej uderzają mnie swą surowością. Jeden z nich zwycięża i trwa nieustannie zwiększając swoje natężenie. Mknie niczym potężna fala uderzeniowa i roztrzaskuje wszystko co napotyka na swojej drodze. Nabiera mocniejszej, acz wolniejszej formy i trwa. Trwa zmieniając siłę swojego natężenia, raz mocniej, a raz nieco słabiej. Zaczyna przelewać się z lewej strony na prawą i tak nieustannie. Jest chropowaty i towarzyszą mu inne dźwięki, które pobrzmiewają w tle, każdy z nich żyje swoim życiem. Są chwile gdy ten naczelny zostaje całkiem sam, ale przez większość czasu coś mu towarzyszy i dysharmonizuje całą strukturę. Z lewej do prawej, a w tle pulsujące i narastające lub gasnące brzmienia. Przebłyski elektronicznych tonów i głos z niekończącym się echem. To krzyk w próżni. Chropowaty dźwięk nieustannie trwa zmieniając nieco swoje natężenie, a wszystko w tle pojawia się i nagle znika nadając głównemu tonowi nieco inną barwę. Czy to jest muzyka czy kolaż możliwości syntezatorów? A może coś więcej - podróż w kosmos? Próbując tego słuchać robiąc dodatkowo coś innego czeka nas rozczarowanie, ale w pełni oddając się tylko temu albumowi można przebyć niezwykłą podróż. Właśnie teraz dźwięk lecący z lewej do prawej strony bombarduje uszy. Przyspiesza swój lot, pojawia się z oddali lewej strony i znika daleko po prawej. W końcu zatrzymuje się pośrodku i nabiera siły, jest coraz głośniejszy, aż w końcu znowu leci z lewej do prawej, by ponownie zatrzymać się i stawać się coraz mocniejszym. To jest nieprzyjemne dla uszu, a jednocześnie tak wspaniałe. Pojawia się w tle kolejny dźwięk, którego brzmienie zdaje się nie mieć końca, aż do momentu gdy ten sam ton zaczyna się na nowo. Kolejne drgania kumulują się tworząc hałas nie do zniesienia, który jednocześnie hipnotyzuje i nie pozwala się oderwać od słuchania. Pojawia się brzmienie, w tle dziesiątki innych, brzmienie ustaje, gdy nadkłada się na nie kolejne, które jest identyczne. Dźwięki pną się czasem bardziej w górę, by po chwili iść na dół. Tytuł piosenki ebene znaczy równina. Równina dźwięków, choć nie zupełna płaszczyzna. Pewne drobne zmiany wysokości są odczuwalne. Odczuwalny jest też wiatr i pewne obiekty zakłócające wizualną ciszę. Równina wydaje się być nieskończona. Wydaje się być pusta, choć coś na niej jest. Na pewno słuchacz - czy raczej wędrowiec - jest na niej samotny. Wędrówka przed siebie może nie mieć sensu, a więc może lepiej się poddać? Wzrok bombardują widoki, które nic nie przedstawiają. Uszy bombardują dźwięki, które nic nie przedstawiają. Natężają się, są szybsze i intensywniejsze, jest ich więcej i zdają się nigdy nie skończyć. Tempo jest zawrotne, trudno to wytrzymać, tak samo jak trudno wytrzymać wieczność na pustej planecie. Szaleństwo zaczyna ogarniać wędrowca, choć nic go nie otacza, nic nie powinno wywoływać strachu, to jego serce bije coraz szybciej. Zaczyna się panicznie bać, ale sam nie wie czego. Co może stać się wędrowcowi na pustkowiu? Zdaje się, że nic. Nie czeka go żadne niebezpieczeństwo, a mimo wszystko jest pełen lęku - strachu i napięcie nie pozwala mu się skupić. Dźwięki szaleją, trudno wskrzesić wspomnienia o delikatnie natężających się tonach z początku przygody. Teraz są szalone i nieustępliwe. Tak samo bezduszne i tak samo trudne do zniesienia. Czy ta udręka kiedykolwiek dobiegnie końca? Wreszcie koniec. Koniec by nastąpiła:

Gewitter.
Burza. Najpierw spokojnie, ale pulsujące dźwięki momentami osiągają siłę, która sprawia ból. Atakuje z każdej strony, nie ma żadnej ucieczki. Trzeba ją znieść, choć wydaje się to niemożliwe. Nadziei dodaje fakt, że żadna burza nie trwa zbyt długo. Delikatny dźwięk z tła nieco koi, ale te z pierwszego planu budzą wielki niepokój. Uderzają i znikają. Pojawiają się zupełnie znienacka, by uderzyć jak piorun. Najpierw uderzenie, jego widok, a dopiero dźwięk. Realne zajście, a potem dopiero po ułamku sekundy jaki potrzebuje światło aby do nas dotrzeć, dostrzegamy piorun, by w końcu usłyszeć dźwięk. Potężne huknięcie. Prócz mocnych uderzeń gnębi nas cisza, która poprzedza każde uderzenie. Narasta w głowie wędrowca z każdą sekundą oczekiwania na kolejne uderzenie - czy piorun nie trafi w niego? Już nie ma piorunów, tylko rzęsisty deszcz.

Exil Sils Maria.
Burza minęła. Teraz następują kojące chwile spokojnych dźwięków. Przejaśnia się na równinie, może to chwila, gdy wędrowiec dotrze do celu? Pora chyba odpocząć i porozmyślać nad przebytą drogą. Nieznana kraina choć w ułamku została ujarzmiona. Jednak nadal nie można czuć się bezpiecznie, bo ciągle wędrowca atakują niespokojne i niepokojące widoki, choć po nich następuje chwila oddechu. Nadal nie jest łatwo, ale jest dużo łatwiej niż było na początku, szczególnie przed burzą. Dźwięki wirują i nabierają rozpędu, gdy osiągają dużą moc, to zaczynają nieco opadać. Tym delikatnym, wyciszającym brzmieniem, które mimo wszystko nie daje wypocząć album się kończy. Nastąpiła noc.

Potem może, choć nie musi, nastąpić 4 kompozycja - wejście do podziemi (Dungeon) z reedycji. Kolejne 24 minuty podróży po opuszczonej planecie. Dla jednych to może być za dużo i 50 minutowa podróż wystarcza, innym nawet wejście w podziemia będzie za mało. Warto się zapuścić, bo kolejne dokonania Schulze nie są wędrówkami krótkimi, więc wędrowiec musi być przygotowany na długie i wyczerpujące podróże.

Trudne, ale może okazać się bardzo wdzięczne. Muzyka kreująca niebywałą atmosferą w głowie słuchacza o ile odpowiednio się jej odda. Życzę wam powodzenia wędrowcy muzyki.

Moja ocena 5/5
Gatunek Electronic (progressive electronic, berlin school)
Długość 1:14:31 (z bonusem)

1 Satz: Ebene  23:23
2 Satz: Gewitter (energy rise—energy collaps)  5:39
3 Satz: Exil Sils Maria  21:25
Bonus:
4 Dungeon (reissue bonus track) 24:00

Einsturzende Neubauten - Halber (1/2) Mensch (1985)


Einsturzende Neubauten to niezbyt wdzięczna nazwa zespołu. O ile dla niemieckojęzycznych ludzi może nie stwarzać problemów, tak dla wszystkich pozostałych nie jest łatwa. Zarówno do wymówienia, jak i zapamiętania. Nazwa oznacza "walące się nowe budownictwo" - po polsku brzmi co najmniej komicznie. Jest to kapela założona w 1980 roku i eksperymentująca nieco z instrumentami tworzonymi przez siebie samych, a słowa piosenek często nic nie znaczą - nowotwory językowe. Album Halber Mensch (zapisywany też 1/2 Mensch) to płyta bardzo charakterystyczna. Takiego twardego, wyrazistego industrialu ze święcą szukać. Wszystko we wszystkich utworach jest mocne, silne, miażdżące. Jednocześnie klimat jest surowy i mroczny, bardzo przytłaczający. Szybkie tempa, czasem nieco taneczne, mocno hipnotyzujące i bezduszne. Album przywodzi na myśl skojarzenia z bezdusznym zakładem z lat 70, gdzie człowiek przez 10 godzin kilkoma ruchami wspomaga machiny w tworzeniu jakichś śrubek. Genialny film Klasa robotnicza idzie do raju mógłby mieć w soundtracku 1/2 Menscha. Przygnębiające i przytłaczające.

Moja ocena 4/5
Gatunek Electronic (industrial)
Długość 56:15 (z bonusem)

1 Halber Mensch - 4:10
2 Yü-Gung - 7:13
3 Trinklied - 1:15
4 Z.N.S. - 5:39
5 Seele brennt - 4:05
6 Sehnsucht (zitternd) - 2:55
7 Der Tod ist ein Dandy - 6:45
8 Letztes Biest (am Himmel) - 3:21
Bonus:
9 Sand - 3:29
10 Yü-Gung (Adrian Sherwood mix) - 7:29
11 Das Schaben - 9:12

sobota, 16 czerwca 2012

Organisation - Tone Float (1970)


Jedyna płyta Organisation wydana w roku 1970 w reedycjach na okładce obok nazwy zespołu ma wielki napis PRE-KRAFTWERK. Nic dziwnego, bo Kraftwerk zdobył ogromną popularność, a jakby na to nie spojrzeć Organizacja jest pewnego rodzaju proto-kraftwerkiem. Po pierwsze chodzi o skład - dwóch członków kapeli po odejściu z niej założyło Kraftwerka (Ralf Hütter i Florian Schneider-Esleben) i po drugie muzycznie obie kapele mają wiele wspólnego. Jednak ktoś zachęcony napisem PRE-KRAFTWERK może nieco się rozczarować, bo podobieństwa są głównie z wczesną działalnością popularnej krautrockowej grupy. Kompozycje Organisation pozbawione są śpiewu, same przetworzone i wzbogacone elektroniką dźwięki "rockowych" instrumentów. Klimat jaki udało się odmalować muzykom jest wyborny. Taki nieco mistyczny (rytualny), lekko mroczny i hipnotyzujący.  Tytułowy utwór rozkręca się bardzo długo i cechuje się dużą powtarzalnością sekwencji, które co jakiś czas wzbogacone są nowym pomysłem i dalej, dalej, aż do finału. Trochę ma to z "jamu", czyli instrumentalnych improwizacji ciągnących się w nieskończoność, które co jakiś czas wzbogacają się kolejnymi dźwiękami, a potem wraz z nimi trwają dalej. Im dłużej się tego słucha, tym bardziej przyciąga. Zaskakująco dobry album, widząc okładkę PRE-KRAFTWERK spodziewałem się takiego Kraftwerka w stylu We Are the Robots, ale jeszcze bardziej prymitywnego i mniej chwytliwego. Bardzo miłe zaskoczenie! Muzyka z Tone Float jest naprawdę oryginalna i powinna się bronić sama, bez żadnych durnych dodatkowych napisów. Polecam serdecznie.

Moja ocena 4/5
Gatunek Electronic, Rock (krautrock)
Długość 52:13

1 Tone Float (20:46)
2 Milk Rock (5:24)
3 Silver Forest (3:19)
4 Rhythm Salad (4:04)
5 Noitasinagro (7:46)
6 Vor Dem Blauen Rock (Beat Club 5/71)

piątek, 15 czerwca 2012

Karlheinz Stockhausen - Gesange der Junglinge, Kontakte (1963)


Nie czuję się kompetentny by opisywać to dzieło Karlheinza Stockhausena, więc jedynie zasygnalizuję co sądzę. Najsłynniejsza kompozycja tego płodnego XX-wiecznego kompozytora sytującego się w elektronice, muzyce konkretnej czy tape music, czyli Gesang der Junglinge (Śpiew młodziaków) jest utworem niełatwym w odbiorze i niełatwym w zrozumieniu. Określa się go często jako pierwsze mistrzowskie dzieło w muzyce elektronicznej, więc czy muszę zachęcać do poznania? Na kompozycję składa się zmiksowany śpiew chłopców (śpiewających tekst z Biblii) z elektronicznymi dźwiękami. Bez znajomości pnia trudno czerpać pełną satysfakcję z obcowania z gałęziami. Pozostałe dwie kompozycje - Kontakte Teil 1 i 2, to konkretna sieka. Kosmiczne, elektroniczne dźwięki, które zdają się nigdy nie kończyć. Wyborna sprawa. Z perspektywy czasu trudne do odsłuchu. Trzeba pamiętać, że to nie jest muzyka rozrywkowa. Nie próbuję interpretować, oceniać, a jedynie informuję o istnieniu i zachęcam do posłuchania. Album jest bardzo ważny nie tylko w historii muzyki elektronicznej, ale i całej współczesnej. 
W momencie tworzenie tego opisu słuchałem Daft Punk - Discovery (2001), który to wykonawca ma przeszło 100 milionów odsłuchań na last.fm, a jest tak prymitywny i niewymagający, że aż strach. Tego się słucha, podczas gdy Stockhausen jest w obszarze zainteresowań tylko nielicznych. Zresztą, to banalne co chciałem napisać, bo z każdą ze sztuk jest identycznie. Prosty chłam jest popularny, a coś ambitniejszego siedzi w podziemiu. Chyba jedynie książki są w lepszej sytuacji, bo one już z definicji są "ambitne" i nikt ich nie czyta. 
P.S. Te dwie kompozycje to wprawka do działalności elektronicznej Stockhausena z przełomu lat 50-60. Wyczerpującym wydawnictwem jest Elektronische Musik, ale o nim innym razem.

Moja ocena -/5
Gatunek Electronic (musique concrete, electroacoustic, tape music)
Długość 48:11

1 Gesang Der Jünglinge
2 Kontakte 1. Teil
3 Kontakte 2. Teil